niedziela, 27 września 2020

Dobry Bóg, czyli… czy Bóg nauczył nas zabijania - część II


Kościół próbuje „kupić” swoich wiernych zapewnieniami o Bożej miłości do człowieka. Obraz dobrego Boga, wbrew biblijnym opisom, jest kodowany w naszych umysłach od najwcześniejszego dzieciństwa. Metody zaszczepiania ludziom określonej ideologii religijnej, to temat na odrębny post i zamierzam go podjąć już wkrótce. Na razie…

Jadąc samochodem przez miasto widzę billboardy z napisami: „Bóg Cię Kocha”, „Bóg Jest Miłością” i tym podobne. W Ameryce, billboardy takie, to już prawdziwa plejada radosnej kreatywności gorliwych religantów, ale o tym także przy innej okazji. W dzisiejszym wpisie zastanawiam się nad zasadnością tezy o Dobrym Bogu…

 

W pewnym niezbyt inteligentnym filmie padły bardzo inteligentne słowa, a brzmiały one następująco: „Ogromna władza, pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność”. Nie łatwo temu zaprzeczyć? Władza rzeczywiście łączy się z odpowiedzialnością. Trudno odpowiadać za to, na co nie ma się wpływu, czy, jak kto woli, nad czym nie ma się władzy. I oczywliście im więcej władzy posiadamy, tym większa odpowiedzialność na nas ciąży. Pracownik odpowiada za swoją pracę, stanowisko pracy oraz, ewentualnie, osoby z którymi bezpośrednio współpracuje. Kierownik odpowiada za swoją brygadę, a szef firmy za całą firmę. Producent leków odpowiada za osoby, które te leki będą stosowały. Rodzic odpowiada za swoje dzieci, za dzieci w szkole odpowiada dyrektor szkoły, za ogół dobra dzieci w kraju odpowiada, np. rzecznik praw dziecka, itd. Odpowiadam za to, nad czym mam władzę i analogicznie nie odpowiadam za to, nad czym władzy nie mam. Logiczne, proste, nieskomplikowane. Czy warto w ogóle o tym pisać? Warto, ponieważ, jak widać, dla religii i jej wyznawców nie jest to wcale takie oczywiste, a jest ich, jak by nie patrzeć, całkiem sporo.

Zgodnie z zasadą władzy i odpowiedzialności, Jezus wcale nie umarł za mnie (za moje grzechy) na krzyżu. To twierdzenie implikuje moją winę, jednak żadnej winy za ukrzyżowanie Jezusa nie ponoszę. W żaden sposób nie odpowiadamy za to, co działo się z ludźmi 2000 lat temu. Nie to jest jednak największym problemem religii katolickiej. Największym problemem religii katolickiej jest… Bóg. Kościół, promując hasło miłosierdzia, najchętniej zasłania się postacią Jezusa, jednak nie damy się zwieść i nie pójdziemy ta drogą (ups… i znów nie będzie o Jezusie – znów odsyłam go do ławki, wywołując do tablicy jego, domniemanego ojca). W pierwszej części postu zatytułowanego „Dobry Bóg”, ustaliłem, że Bóg opisany w Biblii, jest bez wątpienia, najogólniej mówiąc: Zły. Biblijnym Bogiem jest, przesiąknięty nienawiścią, zły Bóg Jahwe. W tej części przyjmujemy „ogólną teorię względności istnienia dobrego Boga” – czyli przyjmujemy hipotezę, że Kościół mówi nam: „Bóg cię kocha, jest dobry i miłosierny, tylko nie czytaj Biblii, bo będzie zgrzyt”. Zadaję dziś pytanie, czy ogólny wizerunek Boga – w oderwaniu od Biblii – Boga, jak twierdzi Kościół – Wszechmocnego i Dobrego, Boga kochającego człowieka, może okazać się realny, a przynajmniej podstawny? Cóż… jeśli Bóg nie jest dobry i „mnie nie kocha”, to dlaczego ja miałbym kochać jego, czy też marzyć o ujrzeniu jego oblicza po śmierci?  

W poprzedniej części, stwierdziłem także, iż sam akt stworzenia ludzi przez Boga (przyjmując taką hipotezę), nie jest równoznaczny z twierdzeniem, iż Bóg jest dobry – jest on co najmniej niewystarczający.

 

SpiderBóg, czyli przypowieść o cudach szatańskich

Któż z nas nie słyszał rozlicznych, słynnych „świadectw” Bożego miłosierdzia, głoszonych przez gorliwych wiernych. Romantycznych opowieści o tym, jak to dobry i miłosierny Bóg ocalił im życie, czy cudownie uzdrowił ze śmiertelnej choroby, rozpalają wyobraźnię… ale mijają się z prawdą, a przede wszystkim, z sensem.

„Jak można nie wierzyć w moc Boga i moc Jego miłosierdzia? Ja sam doznałem świadectwa Jego dobroci, kiedy to cudownie ocalił mnie od śmierci w wypadku samochodowym. Na własnym ciele poczułem dotyk Boży.” – oznajmia z przekonaniem w głosie, pewien trzydziestolatek. Żegna się znakiem krzyża, po czym wznosi w górę swe dłonie i ze łzami w oczach dziękuje Bogu za życie. „To był ciężki wypadek, a ja wyszedłem z niego bez szwanku. O dzięki Ci, dobry Boże”, – dodaje. Pełna zgoda – to był ciężki wypadek, w samochodzie, z którym doszło do zderzenia, zginęła sześcioletnia dziewczynka oraz jej ojciec. No i mamy problem. Jeżeli Bóg rzeczywiście, skokiem Spidermana, sfrunął z niebios, aby ingerować w wypadku samochodowym, to dlaczego uratował z niego trzydziestolatka, a nie sześcioletnia dziewczynkę? Rozumując w ten sposób, Bóg, ratując z wypadków jednych, odpowiada za śmierć wszystkich pozostałych. Ileż egoizmu trzeba mieć w sobie, żeby twierdzić, że sam Bóg ingerował w ocalenie mojej osoby, poświęcając przy tym życie innych?

„Żaden lekarz do dziś nie potrafi tego wyjaśnić, jakim cudem zniknął ten guz. To cud! Dowód wielkiej, Bożej miłości. To Bóg uleczył mnie z raka. Bóg mnie cudownie uzdrowił! To cud! Chwalmy Pana!” – Woła głośno pani Janina. I znów zgrzyt zdrowego rozsądku wbijającego się klinem w gęste warstwy bezkrytycyzmu. Jak mamy „chwalić Pana” za… raka? Jak to za raka? Otóż, skoro Bóg cudownie uzdrowił człowieka z raka, czy z jakiejkolwiek choroby, to w rzeczywistości przywrócił jego status quo, jakim jest zdrowie. Pytanie jest zgoła odmienne: A któż mu to zdrowie popsuł? Skoro Bóg, mówiąc kolokwialnie, zabrał raka, to kto człowiekowi tego raka dał? Pani Janina chwali Pana za to, że Bóg zabrał chorobę, którą jej wcześniej zafundował. Ale, nie – błędnie rozumuję – jak ktoś dostaje raka, to po prostu dostaje, za to jak uda mu się wyzdrowieć, to boska interwencja, miłosierdzie i cud. Zatem „chwalmy Pana”! A co z tymi, którzy na tego raka umierają, a umierają w cierpieniu wszędzie, na całym świecie, w setkach tysięcy dziennie. Na raka oraz z powodu kanonady innych problemów i chorób. Dlaczego niby Bóg miałby pomagać jedynie nielicznym wybrańcom, w tym ateistom i innowiercom, którzy po owych cudach wcale nie zamierzają się „nawracać”? Boża pomyłka, czy granie na nosie milionom gorliwych wyznawców, którzy „przypadkiem” zostali pominięci w owej Bożej łasce? Tak przy okazji – jakimś dziwnym trafem, nie ma w historii ludzkości precedensu, aby w ramach cudu odrosła komuś amputowana kończyna.

Podsumowując: Zdrowie to norma, a nie błogosławieństwo. Trudno nazywać przywracanie status quo, jakimś szczególnym błogosławieństwem, czy miłosierdziem. Tak, jak trudno byłoby wychwalać pod niebiosy terrorysty, który zastraszając i znęcając się nad swoimi ofiarami, w końcu je wypuszcza. Jeśli jednak zakwestionujemy twierdzenie, iż nasze zdrowie i dobre samopoczucie nie jest normą, to wynikałoby z tego, iż Bóg stworzył ludzi po to, aby cierpieli. W rzeczywistości, zdecydowanie więcej ludzi na świecie cierpi z rozmaitych powodów, niż żyje w zdrowiu i szczęściu. Miliardy ludzi na całym świecie cierpi z powodu głodu, pragnienia, wycieńczenia, przygnębienia, depresji, wojen i konfliktów oraz rozmaitych tragedii, które oczywiście wydarzają się (oczami Kościoła) niezależnie od woli i mocy boskiej – uchowaj Boże.

 

Przypowieść o doświadczaniu Pana Boga

Mój przyjaciel, Który od młodości był ateistą, podczas ratowania życia drugiego człowieka, doznał poważnego uszkodzenia kręgosłupa i został sparaliżowany. Uratował tego człowieka, ale dziś z ledwością porusza się na wózku inwalidzkim. Zaryzykował własne życie, aby uratować człowieka, nie dlatego, że wierzył w Boga, tylko dlatego, że był dobrym człowiekiem. Świadkami tego zdarzenia były inne osoby, czy były wierzące? Tego nie wiem, jednak nikt inny nie zdecydował się zaryzykować. Dobro jest niezależne od wiary i nie ma sensu z tym faktem dyskutować, jednak niezmiernie ciekawe jest rozwinięcie tej historii. Mój bohaterski przyjaciel pochodzi bowiem z mocno wierzącej rodziny. W odpowiedzi na swoje poświecenie, otrzymał, między innymi „propozycję”, żeby się nawrócił, ponieważ „Bóg doświadczył go w swojej miłości, bo na pewno, Bóg przygotował dla niego jakiś większy plan”. No tak… niezbadane są przecież wyroki Pana naszego. To chyba byłyby ostatnie słowa, jakie chciałbym usłyszeć w podobnej sytuacji. Bohaterski ateista, na szczęście wytrwał w… rozsądku i nie dał zrobić z siebie katolickiego męczennika, ku wielkiemu rozczarowaniu całej rodziny.

Jeśli przytrafi nam się coś dobrego, to Boże błogosławieństwo – ergo miłość Boga do człowieka, a jeżeli spotka nas tragedia, to znaczy, że Bóg nas doświadcza – ergo Boże błogosławieństwo – ergo znów Boża miłość. Wniosek – cokolwiek by się z tobą nie działo – Bóg Cię kocha. Oto logika retoryki Kościoła. W antyBiblii jest rozdział zatytułowany: „Księga Kalego – bez miłosierdzia”. Dość nieskromnie napiszę – polecam.

 

Proszę wstać. Sąd idzie.

W mojej komedii biblijnej, która powstała jeszcze przed antyBiblią, ale ukaże się tuż po jej wydaniu (tytuł roboczy: „antyBiblia na wesoło”), Stwórca powołuje do życia wszelkie gatunki zwierząt, a każde z nich jest… roślinożerne. Dlaczego? Ponieważ „mój” Stwórca nie chce brać na siebie odpowiedzialności za wzajemne zabijanie się zwierząt i ludzi... Zaraz, zaraz… Ludzi? A co wspólnego z mięsożernością zwierząt mają zabójstwa wśród ludzi? W tym punkcie dochodzimy do kwintesencji mojego dzisiejszego wpisu. Pomyślmy. Naprawdę pomyślmy. I jak? Czy już wszystko jasne? No właśnie. Czy wzajemne zabijanie się, jest czymś normalnym, czy raczej czymś osobliwym, skandalicznym i odrażającym? Dziś, mam nadzieję, że jest dla nas czymś skandalicznym, jednak Bóg sprawił, że było i jest czymś normalnym. Cofnijmy się do czasów prehistorycznych, do czasów starożytnych, do czasów formowania się naszej obecnej cywilizacji. Czyż to nie oczywiste, że to Bóg nauczył nas zabijania? Przecież to on sam (jak twierdzi religia) stworzył świat i urządził go w taki sposób, jaki tylko chciał. A urządzając go, sprawił, że zabijanie stało się czymś normalnym i naturalnym. Biblia głosi: „Bóg stworzył zwierzęta i zobaczył, że są dobre…” – Pytam: A czy zobaczywszy, że się mordują i zjadają wzajemnie, niczym potwory z Zombie Land, to również uznał, „że to jest dobre”? Lew nie ma wolnej woli i nie może wybrać, czy zje dziś na obiad trawę, czy może gazelę. Bóg kazał mu zabijać i zjadać inne zwierzęta żywcem. Oto nauka, jaką otrzymał od Boga człowiek. Parafrazując biblijny tekst z Księgi Rodzaju: „Człowiek zobaczył, jak zwierzęta mordują się wzajemnie i widział, że to jest normalne… zatem i on począł zabijać”. Zastanówmy się: Nie muszę zabijać zwierzęcia w obronie własnej, ponieważ żadne zwierzę mnie nie atakuje. Dlaczego? Ponieważ nie jest mięsożerne. Nie muszę zabijać zwierzęcia, żeby go zjeść – skąd w ogóle pomysł żeby się wzajemnie zjadać? Nikt i nic tak nie robi. Nie ma dziś pojęcia weganin, czy wegetarianin – po prostu nikt nie żywi się mięsem, bo dobry Bóg nie wpadł na tak szatański pomysł… Jednak, jeżeli Bóg stworzył świat (jak twierdzi religia), to jest odpowiedzialny za zasady, które w nim panują, które przecież sam zaprojektował.

Drogi, dobry Panie Boże: Po piąte: Nie zabijaj? A może po pierwsze, to Ty nie zmuszaj istot żywych do zabijania i nie czyń z tego normy?

I jakiż to wniosek wypływa z wylanych tu, gorzkich mych żalów oraz pochylania się nad ułomnością i mściwością Miłosiernego? Otóż, dla Boga byłoby lepiej, żeby… nie istniał. Bo jeżeli istnieje i rzeczywiście stworzył świat, to jest za swój twór odpowiedzialny, i to odpowiedzialny totalnie. Nie pomoże przerzucanie winy na naszą „wolną wolę” (o czym w moim następnym wpisie), nie pomoże przybijanie ludzi do krzyża, nie pomoże ani „święty Boże”. Tym sposobem, roszczący sobie prawo pełnej władzy nad światem Bóg, jest odpowiedzialny za wszelkie zło tego świata – przeszłe, przyszłe i teraźniejsze, a określenie „dobry Bóg”, to drwina z ludzkiego intelektu. Na Sądzie Ostatecznym, wyrok dla Pana Boga może być, w tej sytuacji, tylko jeden: Wieczne męki w ogniu piekielnym, amen. …i nawet Chyłka nie wybroni ;)

Do zobaczenia w następnym wpisie,

Keith.

piątek, 18 września 2020

Dobry Bóg, czyli wierni nie wiedzą w co wierzą - część I

 

Jedno z najbardziej manipulacyjnych haseł Kościoła katolickiego, brzmi: „Bóg jest dobry”. Słysząc hasło: „dobry Bóg”, „Bóg łaskawy”, „Bóg miłosierny”, „Bóg cię kocha” – pytam: Jaki Bóg? Który? O którym Bogu mowa? – Czy mówimy o biblijnym Bogu, domniemanym stwórcy ludzkości? Skąd wzięła się teza, że Bóg jest dobry? Jakie są podstawy do wypowiadania takiego sądu? (Przyjmując wszelkie, katolickie wierzenia...) Czy wystarczy twierdzenie, że skoro Bóg stworzył ludzi, to znaczy, że stworzył ich z miłości? Nie. Nie wystarczy. Takie twierdzenie jest bzdurą. Wcale nie muszę lubić tego, co sam stworzyłem, wręcz przeciwnie, mogę swój twór znienawidzić. Wyobraźmy sobie prosty przykład. Mogę stworzyć życie – począć dziecko. Pocznę to życie motywowany własną chęcią posiadania dziecka – zobaczenia jak to jest być ojcem. Czy sam ten fakt sprawia, że jestem/będę dobrym i kochającym ojcem? To, że, mówiąc kolokwialnie, zrobiłem sobie dziecko, nie implikuje z automatu tego, iż będę swoje dziecko obradzał troską, opieką i miłością. Jeśli ojcostwo mnie przerośnie, będę niedobry dla swojego dziecka i będę wyrządzał mu krzywdę, nie będę o nie dbał, to stanę się złym ojcem, niezależnie od samego aktu poczęcia tegoż dziecka czy też moich początkowych intencji.

 

Na początku ustalmy, w najprostszy możliwy sposób, co oznacza bycie dobrym. Nie ma w tym żadnej, wielkiej filozofii. Możemy dość prosto podzielić osobowość moralną na trzy typy: neutralna, zła oraz dobra. Oczywiście przyjmiemy pewne uśrednienie, uogólnienie, ponieważ nie ma ludzi całkowicie złych albo nieskazitelnie dobrych. Z jednej strony, nawet największy tyran musi mieć w sobie odrobinę empatii, chociażby w stosunku do osób sobie najbliższych. Z drugiej, potencjalnie nieskazitelnie dobry, mógłby być Bóg... ale czy taki jest? Przyjmijmy zatem, iż osoba, która nie wyrządza nikomu znaczącego zła, ale za razem nigdy nie wykazała się większym aktem niesienia pomocy, przejawem empatii, wsparcia, czy też bezinteresownego, pozytywnego zaangażowania w sprawy osób trzecich, opiszemy jako osobę neutralną moralnie. Podobnie można by potraktować osoby, które raz to niosą pomoc potrzebującym, raz wyrządzają jakieś szkody i zachowują się negatywnie.
Dobra osoba, to, uogólniając, taki człowiek, który ma pozytywny bilans wykreowanego w życiu, wymiernego dobra. Krótko mówiąc, zrobił w życiu więcej dobrego, niż złego. Analogicznie będzie z osobą złą i chyba nie wymaga to specjalnego rozwinięcia. (To oczywiście spore uproszczenie tematu, ale myślę, że na tym etapie - jak i na etapie Biblii, jest adekwatne do głównego clue rozważania). 
 
Bóg stworzył ponoć człowieka na swój obraz i podobieństwo, zatem mierzymy go ludzką skalą i miarą. Z resztą, jakąż inną miarą mielibyśmy mierzyć Boga? Wolno nam oceniać Boga, Kościół robi to, określając go, między innymi, przymiotnikiem „dobry”, czy "łaskawy". Jednak, żeby móc określić moralną osobowość Boga, trzeba dokonać wartościowania boskich działań. Kościół, mówiąc Bóg, odnosi się do Boga biblijnego. Biblia jest zapisem poczyń Boga, którego głosi Kościół, i którego nazywa dobrym i miłosiernym. Dlaczego zatem Kościół kłamie wiernym prosto w twarz? Mało tego – Kościół cynicznie drwi z intelektu swoich wiernych, mając świadomość, że większość z nich (wg statystyk: ponad 90%) nigdy nie przeczytało całej Biblii.
 
Dlaczego twierdzę, że Kościół kłamie i oszukuje? Przecież księża i biskupi doskonale znają Biblię i wiedzą jakiego Boga opisuje Biblia. Bóg, którego głosi Biblia nie jest dobry. Żeby można było go tak określić, Bóg musiałby zrobić wiele dobrych rzeczy. Wybudowanie studni w afrykańskiej wiosce, to coś dobrego, spalenie tej wioski, jest aktem zła. Otóż Bóg nie robi w Biblii niczego dobrego, pozytywnego, nie przejawia żadnego znaczącego dobra nie tylko względem ludzi, ale także względem zwierząt i całego świata. Podczas pisania mojej książki i analizy treści biblijnych, próbowałem, wręcz na siłę, doszukać się jakichś istotnych aktów/przejawów dobra i miłosierdzia bożego, jednak niczego takiego nie znalazłem. Jego "dobro" sprowadza się jedynie do nagradzania, od czasu do czasu, swoich protegowanych, a całe miłosierdzie, to ocalanie nielicznych wybrańców, skazując przy tym na zagładę tysiące innych ludzkich istnień. Jak zatem można nazwać go dobrym? 

Teraz jakiś ksiądz mógłby zastawić się swoją tarczą z inicjałami "J. Ch." i powiedzieć: „…ale przecież Jezus Chrystus…” – Hola, hola! Nie tak szybko! Nie mówimy tutaj o Jezusie z Nazaretu, tylko o biblijnym Bogu – domniemanym stwórcy świata. Analizujemy zdarzenia głęboko sprzed czasów Jezusa, a manipulacyjnym, rzymskim fortelem hipostazy zajmę się przy innej okazji (i obiecuję, że nie zapomnę). 
Jeżeli biblijny Bóg, nie czynił dobra, to nie można go nazwać dobrym Bogiem i tyle w temacie. Każdy kto przeczyta Biblię zobaczy, że na jej podstawie nie można nazwać Boga dobrym, miłosiernym czy kochającym, tak samo jak nie można nazwać odważnym kogoś, kto nigdy nie wykazał się jakąkolwiek odwagą. Biblia zaprzecza idei dobrego Boga. „Dobry Bóg” to oksymoron – taki "twór" po prostu nie istnieje.
 
Problem sięga jednak głębiej. Bóg nie tylko nie jest i nie może zostać nazwany dobrym, Bóg nie może również zostać nazwany neutralnym. Bóg nie jest ani bezstronnym obserwatorem, ani istotą, która, na przykład, równoważy swoje kary i nagrody. Nie ma też zatem mowy o Bogu sprawiedliwym. Biblijny Bóg jest po prostu zły! Zły – i to zły do szpiku kości. Na jednej szali, zamiast dobra, mamy: brak empatii, niezrozumienie, arogancję i ignorancję; na drugiej zaś: nieuzasadniony gniew, agresję, niszczycielską siłę oraz niezliczone zbrodnie. Ciekawym jest również fakt, iż Bóg wcale nie pragnie "nawracać" innowierców, nie pragnie ich edukować i zmieniać ich postępowanie na lepsze - bardziej moralne; pragnie ich jedynie wyniszczać, mordować i grabić. To coś w stylu: kara śmierci dla każdego dziecka, które nie będzie słuchało pani nauczycielki. Oczywiście Bóg nie ma najmniejszego problemu z zabijaniem dzieci i czyni to z niewyszukaną satysfakcją, przez całą Biblię. 
 
Bóg jest: socjopatą, psychopatą, zbrodniarzem, gwałcicielem, dzieciobójcą, homofonem, sadystą, szowinistą – wręcz mizoginem, niszczycielem, złodziejem, oszustem, kłamcą, tyranem, terrorystą, zwolennikiem poniżenia i niewolnictwa, i tak dalej, i tak dalej...
 
Ukazuję te niezaprzeczalne fakty w swojej antyBiblii, jednak wcale nie muszę tego robić… Każdego, kogo powyższy opis Boga zszokował choćby w najmniejszym stopniu, odsyłam do innej pozycji książkowej, która potwierdza te słowa. Jest bardzo obszerna, ale zdecydowanie warto ją przeczytać. Nie znam wprawdzie nazwiska autora, ale znam jej tytuł, a brzmi on: Biblia. Każdy, kto uważa siebie za katolika czy chrześcijanina, a nie przeczytał CAŁEJ Biblii, wpadł w pułapkę zastawioną na ludzi przez Kościół. Książka, którą napisałem - antyBiblia, pomaga wydostać się z tej pułapki, z tego religijnego Matrixa. Oczywiście każdy sam zdecyduje, czy będzie chciał, lub też miał odwagę ją przeczytać. Mam nadzieję, że moja antyBiblia zmniejszy liczbę bezkrytycznych i nieświadomych wiernych, których Kościół katolicki traktuje, dość dosłownie, jak swoje owce.
 
Ziemia obiecana – czyżby?
Na koniec przykład słynnego wyjścia z Egiptu, czy też, jak głosi Biblia – wyprowadzenia z niewoli egipskiej. „Ja jestem Pan Bóg twój, który cię wywiódł silną ręką z ziemi egipskiej…” głoszą słowa pierwszego przykazania. Słodko, słodko… tylko co w tym dobrego…
Pomijając fakt historyczny, mówiący o tym, że Żydzi nigdy nie byli niewolnikami w Egipcie, rzućmy okiem na cały ten, biblijny precedens.
Zanim powiemy o uwalnianiu z niewoli egipskiej, zadajmy sobie pytanie, skąd według Biblii, Żydzi w ogóle znaleźli się w Egipcie? Otóż Biblia stwierdza, iż Józef sprowadził swój lud z terenów obecnej Palestyny do Egiptu, z powodu – uwaga: głodu, który panował na ziemiach Izraelitów. Jak to? Toż wszechmogący Bóg nie był w stanie zapewnić niezbędnego minimum do przeżycia swojego narodu wybranego i ten musiał ratować się, chroniąc pod skrzydłami faraona? To nie wystarczyły ofiary i modlitwy? Faraon dał radę wyżywić tych, których nie zdołał wyżywić Bóg? Ups… I kto tutaj jest miłosierny? Bóg, który głodem wygnał Żydów z ich domów, czy faraon, który przygarnął i ocalił od śmierci głodowej obcy lud? 
Bóg „silną ręką” wywiódł Izraelitów spod władzy ich wybawiciela?? Izraelici – o czym sami w Biblii piszą – mieli lepsze życie w Egipcie, niż piekło, które stworzył im Bóg, zabierając ich stamtąd na pustynne bezdroża. 

Aby wyprowadzić Izraelitów z Egiptu, Bóg okazał całą swoją nienawiść ludziom... konkretnie Egipcjanom (którzy przecież też są ludźmi). spustoszył ich kraj, dotykając okrutnymi plagami i mordując ich dzieci, a Żydów wyniszczył i wyzabijał fundując im 40-letnią katorgę po pustyni. Cała ta legenda, to absurdalna historia Bożej nienawiści do człowieka. W konsekwencji nawet Mojżesz nie dotarł do wspaniałej, obiecanej krainy, która… po pierwsze była zaledwie terenem, z którego Żydzi niegdyś uciekli przed głodem; po drugie wcale nie była wyjątkowa, obfita, żyzna i piękna; a po trzecie, trzeba było dopiero o nią powalczyć. Okazało się, że owa ziemia obiecana, była już zamieszkała i Żydzi zostali zmuszeni aby ją podbijać, wyrywając ją z rąk jej mieszkańców. I tak zaczęło się zabijanie w imię Boga. 

Ja też mogę dać Ci, na przykład Lwów. Zaprowadzę Cię tam, a jak go tylko podbijesz i wymordujesz mieszkańców, to cały Lwów będzie Twój – obiecuję. 
W całej tej opowieści nie dzieje się nic dobrego – widzimy jedynie Boską niesprawiedliwość i agresję, Boskie niezrozumienie i brak empatii, barbarzyństwo i frustrację. Zamiast morza miłosierdzia, widzimy Morze Czerwone – czerwone od krwi... Od krwi ludzi, którzy po prostu chcieli być szczęśliwi. 

W kolejnym poscie, zajmę się kwestią "dobrego Boga" w oderwaniu od tekstów biblijnych, czyli bardziej uniwersalnie. Coś w stylu ogólnej teorii względności ;) 

Pozdrawiam i zapraszam, 
Keith.

poniedziałek, 14 września 2020

Piaskownica Pana Boga, czyli o tym, jak Bóg nie stworzył świata

Wykorzystując całą, dostępną mi wiedzę, muszę stwierdzić, że świat najprawdopodobniej stworzył wielki i znany nam dobrze czarnoksiężnik o imieniu Gargamel, a dowodem na ten fakt, jest film rysunkowy o nazwie Smerfy. Brzmi absurdalnie, a wręcz idiotycznie? Zapewniam, że tylko odrobinę bardziej absurdalnie niż stwierdzenie, iż świat stworzył starotestamentowy Bóg, a dowodem na to, jest starożytna księga, zwana Biblią. Opis świata Gargamela jest łudząco podobny do opisu świata, który rzekomo stworzył biblijny Bóg. Mamy zamek Gargamela, wioskę Smerfów, nieco peryferii wokół… i to by było na tyle – z Biblią jest podobnie.

W biblijnej Księdze Rodzaju, już na samym początku, znajdujemy opis stworzenia świata przez jakiegoś Boga (którego poznajemy nieco później)… no i zaczynają się schody.

„Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami. Wtedy Bóg rzekł: «Niechaj się stanie światłość !» I stała się światłość.” - Te słowa rozpoczynają wielką, starożytną księgę o nazwie Biblia. Ziemia powstaje jako pierwszy obiekt we… no właśnie, w czym? W Biblii nie ma mowy o tym, że ów Bóg stworzył Wszechświat, jakiekolwiek inne planety, czy galaktyki - w ogóle nie istnieją tam takie pojęcia, być może stworzył je jakiś inny Bóg, albo Bogowie. Co ciekawe, powyższy cytat sugeruje, że Ziemia powstała przed Słońcem, a cały dalszy opis stworzenia przypomina opowiadanie kilkulatka o tym, co widzi jak wyjdzie z domu i rozejrzy się dookoła. To wszystko, to jednak fraszka. To, na co warto zwrócić uwagę, to opis samej Ziemi, który staje się punktem wyjścia do analizy tego, jaki świat stworzył Bóg. Ziemia, jako pustkowie oblane bezkresem wód. Opis ten potwierdzają wszystkie pozostałe teksty Starego Testamentu (z wyjątkiem Ksiąg Machabejskich, dopisanych w późniejszym czasie przez Rzymian). Do czego zmierzam? Otóż zmierzam do biblijnego faktu, który mówi nam o tym, że świat stworzony przez Boga, jest jedynie jego prywatną piaskownicą i ma niewiele wspólnego ze światem, który znamy dziś. 

 

Przypowieść o sędziwym podróżniku

Wyobraźmy sobie, że spotykamy pewnego sędziwego podróżnika, który chwali się nam, że zwiedził już cały świat. Opowiada, że odwiedził wszystkie państwa, a nawet bywał w miejscach, w których nigdy nie stanęła ludzka stopa. Z zachwytem słuchamy szczegółowych opowieści podróżowania po malowniczych zakątkach Skandynawii, Hiszpanii, Portugalii, Turcji. W pewnym momencie ktoś z ciekawości zadaje mu pytanie: A jak wygląda życie plemion indiańskich w boliwijskiej dżungli? I tutaj, ku naszemu zdziwieniu dowiadujemy się, że nasz wielki globtroter nigdy nie był w Boliwii. Nie był także w Chile, Argentynie, Meksyku, czy w Stanach Zjednoczonych. Okazuje się, że mówiąc, iż zwiedził cały świat, miał na myśli całą Europę, północną Afrykę oraz Azję Mniejszą. Hmm… w takim razie, jeszcze trochę brakuje do „całego świata”. Przed naszym podróżnikiem zatem mnóstwo fascynujących miejsc do zwiedzenia, tylko czy starczy mu na to czasu…

 

Co wspólnego ma owa przypowieść o sędziwym podróżniku z Biblią, Bogiem i stworzeniem świata? Bardzo wiele. Otóż okazuje się, że nasz podróżnik, i tak zwiedził więcej świata, niż stworzył biblijny Bóg. Bóg nigdy nie „dotarł” do ziem współczesnej Hiszpanii, czy Skandynawii. Stworzony przez niego świat to Azja Mniejsza, powiększona o fragment Europy i drobny wycinek północno-wschodniej Afryki - oto "cały świat" Pana Boga. I aż chciałoby się skwitować to słowem: Amen. Bóg nie ma bladego pojęcia o istnieniu czegokolwiek więcej, a dowodem na to jest… cała Biblia. Jego świat, od zachodu oblewają bezkresne wody, a od południa otaczają nieprzebyte pustynie i pustkowia, które najpewniej również prowadzą do bezkresnych wód. Trudno to będzie jednak Bogu stwierdzić, ponieważ żaden wielbłąd nie raczył zabrać Pana Boga tak daleko, aby sam mógł się przekonać o tym, co stworzył. Bóg nie dotarł swoją wiedzą i świadomością nawet do połowy afrykańskiego kontynentu. Czy można to udowodnić? Oczywiście.

 

Zagadka

Spróbujcie rozwiązać biblijną zagadkę Trumana. Otóż Bóg pokusił się w Biblii na osobisty, epicki opis pewnego zwierzęcia. Zgadnijmy, o jakim zwierzęciu mówi nam sam Bóg – stwórca całego świata i wszelkich istnień na Ziemi?

Księga Hioba: „…już sam jego widok przeraża […] Któż mu wystąpi naprzeciw? Kto się odważy go dotknąć bezkarnie? - Nikt zgoła pod całym niebem […] Głosu jego nie zdołam przemilczeć, o sile wiem – niezrównana […] Niezwyciężony. Gdy wstaje, mocni drżą ze strachu i przerażeni tracą przytomność. Bo cięcie mieczem bez skutku, jak dzida, strzała czy oszczep. Dla niego żelazo - to plewy, brąz - niby drzewo zbutwiałe. Nie płoszy go strzała z łuku, kamień z procy jest źdźbłem dla niego. Dla niego źdźbłem maczuga, śmieje się z dzidy lecącej. […] Niezrównany. Nie ma mu równego na ziemi, uczyniono go nieustraszonym: Każde mocne zwierzę się lęka jego, króla wszystkich stworzeń.”

Czy wiemy o jakim zwierzęciu mowa? Przyznaję, że dokonałem tutaj zabiegu użycia pewnej, klasycznej techniki manipulacji, którą notorycznie stosuje Kościół katolicki w interpretacji Biblii, a mianowicie dokonałem selektywizacji tekstu (o technikach manipulacji oraz samej selektywizacji napiszę w osobnym wpisie). Pomimo uwzględnienia powyższego, mamy tutaj do czynienia z opisem zwierzęcia, które sam Bóg uznał za najpotężniejsze, niezwyciężone i, zacytujmy raz jeszcze: „nie ma mu równego na ziemi”. Czy zgodzimy się, iż owym zwierzęciem powinien być słoń? Myślę, że powinien… i byłby, gdyby tylko Bóg – stwórca, wiedział o jego istnieniu. Słonie zamieszkują afrykańskie sawanny, a to już zbyt daleko na południe i świat, który stworzył biblijny Bóg, po prostu tam nie sięga. Jego zasięg kończy się na północnej części Egiptu, zatem… No tak, w takiej sytuacji najpotężniejszym, zdaniem Boga, zwierzęciem jest… krokodyl – i to o nim mowa w przytoczonym opisie.

 

Ponoć Bóg ulepił z gliny wszystkie zwierzęta… o niektórych najwyraźniej zapomniał i musiał je ulepić z gliny ktoś inny. Niestety nie wiemy kto ;)


Zobaczmy w jak kuriozalnej sytuacji się znaleźliśmy: Oto w Piśmie Świętym mamy okazję przeczytać słowa samego Boga i stwórcy świata. Bóg pragnie zaimponować (o ironio)… człowiekowi i opisuje mu potęgę, najbardziej majestatycznego spośród  wszystkich swoich stworzeń, nazywając go niezrównanym. Przy słoniach, lwach, tygrysach, niedźwiedziach – krokodyl mocno traci na swojej majestatyczności. W konsekwencji Bóg obnaża własną nieświadomość istniejących gatunków zwierząt, nieznajomość geografii, a przy okazji – niedojrzałość emocjonalną.

 

Gdzie leży główny problem?

Stwierdzenie z początku Księgi Rodzaju - jakoby to Bóg stworzył cały świat, nie pasuje do opisu świata, z którym mamy do czynienia od drugiego, aż do ostatniego rozdziału Biblii. Jeżeli rzeczywiście świat stworzył jakiś Bóg, to z całą pewnością nie był to biblijny Bóg Jahwe. Bóg Jahwe za każdym razem podkreśla, że jest Bogiem Izraelitów i tylko Izraelitów. Biblijnego Boga interesują wyłącznie Żydzi i ich ziemie, tak jak Gargamela interesują wyłącznie Smerfy i ich wioska, przy czym ten pierwszy traktuje swoich "wybrańców" znacznie okrutniej.

Skąd zatem pomysł, żeby lokalnego Boga Semitów nazywać Panem i Stwórcą całej ludzkości? Odpowiedź: Od starożytnych Rzymian, którzy ukradli Żydom judaizm i wcielili go, jako fundament, pod stworzoną przez siebie religię polityczną (antyBiblia szczegółowo wyjaśnia tą kwestię). To religia rzymskokatolicka rozpowszechniła mit o biblijnym Bogu, jako stwórcy świata… a dziś wypadało by rzec – Wszechświata. Kłamstwo powtarzane od wieków, zaadoptowało się w naszych umysłach, w szufladce z napisem: „prawda”. To nie biblijny Bóg stworzył świat, zwierzęta i ludzi, to ludzie stworzyli biblijnego Boga.


Jak zatem powstał świat? Rozwiązanie tej zagadki nie jest dane księżom, ani biskupom, tylko naukowcom i lepiej niech tak pozostanie. 

środa, 2 września 2020

Klucz do Biblii – obnażenie prawdy !

Na wstępie… Trochę niechętnie piszę posty na swoim blogu przed ukazaniem się mojej książki – antyBiblii. Z jednej strony nie chcę zepsuć lektury tzw. spojlerami, z drugiej zaś, nie chcę się zbytnio odkrywać z tym, nad czym pracowałem przez ponad 2 lata. Z tego co wiem, jeszcze nikt na świecie nie dokonał analizy Biblii tą drogą, którą podąża moja książka. Jednak czekając na premierę, zapragnąłem podzielić się choćby niewielkim ułamkiem wniosków, do których doszedłem… a zatem…

 

Czy może istnieć i czym ewentualnie jest, klucz do Biblii?
Klucz do Biblii istnieje i jest nim pewien „element”, który umożliwia poprawną, właściwą interpretację tekstów biblijnych.
Hola, hola! Czyżby autor właśnie zasugerował, że powszechnie uznana, uogólniona i głoszona przez Kościół interpretacja Biblii jest niepoprawna i niewłaściwa?  – Dokładnie tak.
Czy tym samym, autor tego posta sugeruje, że Kościół się myli? – Absolutnie nie. Kościół się nie myli, Kościół po prostu okłamuje swoich wiernych, celowo narzucając im błędną interpretację Pisma, które sam uznał za święte. Tę interpretację, nazywam interpretacją polityczną – realizuje ona bowiem cele Kościoła oraz broni jego interesów, nie dbając przy tym o kondycję swoich wiernych.

Kościół doskonale wie, jaki jest klucz do Biblii i jaka, w związku z tym, jest prawda jej przekazu. W tym poście dokonam zdemaskowania – obnażenia klucza do czytania i interpretacji Biblii. 

Klucz, do Biblii – do zrozumienia tekstów biblijnych, zdefiniowany jest jednym, prostym słowem. Kluczem do Biblii jest słowo: CEL. W jakim celu powstała Biblia? 

Ten klucz weryfikuje fakt mówiący o tym, kto rzeczywiście jest autorem Biblii. Odpowiada na pytanie: Czy Biblia jest natchnionym dziełem Boga, czy jednak zmyślnym i inteligentnym dziełem człowieka?
Otóż jakiekolwiek nie byłoby autorstwo Biblii, temu, kto stał/stoi za jej stworzeniem musiał przyświecać jakiś konkretny cel (względnie grupa celów). Nie ma żadnej możliwości, aby jakakolwiek myśl spisana w jakiejkolwiek księdze, powstała w sposób pozbawiony celu.

Każda rozumna, inteligentna istota, każde swoje działanie podporządkowuje jakiemuś celowi. Nic nie dzieje się bez celu i nikt, ani nic, nie działa bezcelowo. Cel może być nieuświadomiony, ale zawsze to nim właśnie kierujemy się podejmując jakiekolwiek działanie.

Zwierzę ryzykuje życiem i traci sporo energii na zdobycie pożywienia, i bez względu na to, czy robi to świadomie, czy instynktownie – celem tego działania jest zaspokojenie głodu i w konsekwencji: przeżycie. Dziecko, które pozornie bezsensownie, rozsypie cukier po podłodze, czyni to z ciekawości i w celu (nawet jeśli tylko podświadomie) poznawczym i naukowym. Właśnie empirycznie dowiaduje się, na przykład o tym, jak zachowują się materiały sypkie i jak działa grawitacja.

Ktokolwiek napisał Biblię, zrobił to w określonym celu. Ten cel jest kluczem do czytania i zrozumienia istoty Biblii. Ten klucz pozwoli nam odpowiedzieć na pytanie, czym jest Biblia i po co powstała – jaki jest cel jej stworzenia?

Przyjmijmy, że potężny Bóg stworzył cały świat (Wszechświat) oraz wszystkich ludzi na Ziemi. Kim w takim wypadku jest człowiek? Człowiek jest tutaj kimś w rodzaju robota ze sztuczną inteligencją, który został ukształtowany przez swojego Twórcę, otrzymał „instrument” umożliwiający inteligentny rozwój oraz pakiet sztucznej inteligencji, którą może posługiwać się niezależnie od swojego Twórcy. Ów sztuczną inteligencję, możemy nazwać wolną wolą.

Czym w takim wypadku byłaby Biblia? Jeśli powstałaby z inicjatywy i za sprawą Boga – Twórcy, to byłaby czymś w rodzaju instrukcji obsługi – instrukcji tego, jak ludzie mają korzystać z wolnej woli, którą otrzymali. W konsekwencji owa wolna wola zostałaby „zaprogramowana” zgodnie z instrukcjami Twórcy, przez co: ograniczona. Po co dawać wolną wolę, a później próbować ograniczać ją jakimś zestawem instrukcji? Czy taki zestaw instrukcji miałby naprawiać błędy Twórcy? Czy to coś w rodzaju „upgrade’u” – łatki do programu inteligencji?

Zauważmy, że owa instrukcja nie jest w ogóle potrzebna. Instrukcja ta – Biblia nie została przekazana ludziom – w rozumieniu całego gatunku ludzkiego – została ona przekazana jedynie bardzo wąskiej grupie ludzi – około 1% globalnego społeczeństwa. Mowa tutaj, oczywiście o czasach Starego Testamentu i tzw. narodzie wybranym. Mało tego. Owa uprzywilejowana przez Boga grupa (co samo w sobie nie ma sensu) w ogóle nie potrzebowała Biblii. Cel stworzenia jej zatem przez Boga jest absurdalny. – Stop! Ktoś powie, dlaczego Biblia nie była potrzebna Izraelitom? To oczywiste, ale odpowiem: Otóż cała ludzkość, to jest jakieś pozostałe 99%, poradziło sobie bez Biblii nie gorzej niż Izraelici, czego dowodem są czasy obecne. Od mniej więcej 2000 roku przed naszą erą, do co najmniej 380 roku naszej ery, praktycznie nikt poza Żydami nie wie o istnieniu Biblii, a nawet Boga Jahwe. Nie wiedzą o tym mieszkańcy Europy, Azji, Afryki, Australii oraz obu kontynentów amerykańskich.  To chyba najdoskonalszy dowód na to, że Biblia nie jest człowiekowi potrzebna. (Ktoś powie, że jest potrzebna do zbawiania – to akurat bzdura, a zarazem odrębny temat, którym również się zajmę, w którymś z moich postów).

 

Jaki z tego wniosek? Bóg nie miałby żadnego celu, aby naprawiać swoje niedoskonałe dzieło, jakie stworzył i jakim jest człowiek, używając do tego spisywania jakichś cudownych instrukcji naprawczych w postaci świętej księgi. Dlaczego Bóg miałby skupić się na dostarczeniu tak ważnych informacji jedynie 1% swojego dzieła? I znów… Mało tego – ta księga po prostu nie działa – nie powoduje, że po jej przeczytaniu, człowiek przestaje popełniać błędy. Innymi słowy: Co zyskuje Bóg tworząc Biblię? Posłuszeństwo i wiarę w niego – może i tak, ale tylko u 1% ludzkości, zatem bzdura. Ja napisałem swoją książkę po to, aby dotarła na wszystkie kontynenty, a nie zaledwie do grupy wybranych osób. Dlaczego tego chcę? Ponieważ uważam, że moja książka jest ważna. Jeśli Bóg uważałby tak samo, to nie ograniczyłby się jedynie do jednego narodu.
Ktoś powie: Ale dziś Biblię zna ponad 2 miliardy ludzi na całym świecie. Odpowiadam, tak ale to za sprawą potęgi cesarstwa rzymskiego, a nie Boga – jak zatem wygląda Bóg w konfrontacji z cesarzem Rzymu? Gdyby Rzymianie nie ukradli Żydom Biblii i nie włączyli jej we własną religię polityczną, w Boga Jahwe wierzyliby jedynie Żydzi. Żydzi nie dostali misji krzewienia swojej religii na całym świecie – zatem Bóg stworzyłby Biblię tylko po to, aby uwierzyło w niego 1% ludzkości. Dodatkowy kij do mrowiska, to fakt, że nawet dziś, w Biblię nie wierzy ponad 70% ludności naszego globu – i nigdy w nią nie uwierzy. Wierzysz w Biblię? Z jednej strony to czysty przypadek, z drugiej zaś: Witaj wśród mniejszości religijnych.

Bóg nie miał żadnego celu, aby przyczynić się do napisania jakichś pism, czy ksiąg – zwłaszcza, że, jak widać, nie miał mocy dotarcia z owymi księgami do ludzi. I tyle w temacie.

 

Jaki cel mógłby mieć człowiek, aby stworzyć księgę i uznać ją – ogłosić ją świętą księgą? Mógłby mieć nie jeden, a niezliczoną ilość celów i, wynikających z ich realizacji, wymiernych korzyści. Jeżeli spiszę teksty, ponieważ, w odróżnieniu od 90% obecnej w moich czasach społeczności, potrafię pisać i czytać, i ogłoszę, że owe teksty pochodzą od Boga, to po prostu stanę się Bogiem. Będę głosem Boga na Ziemi, a wszystko co spiszę i wygłoszę stanie się święte – boskie. Zgadza się – pismo było kiedyś święte. Nikt spośród 90% analfabetów nie miał szans udowodnić, że słowa, które czytam, nie są dziełem Boga. Zyskałbym w ten sposób, boskie przymioty, nieograniczona i niepodważalną – totalitarną wręcz władzę nad społeczeństwem. Mógłbym, za pomocą owych „świętych tekstów”, sterować masami ludzkimi w dowolny sposób, na przykład kierując je na rozmaite wojny – czerpiąc łupy wojenne i niewolników, bez jakiegokolwiek personalnego ryzyka. 

Biblia jest potrzebna i służy wąskiej grupie ludzi. Nie jest jednak potrzebna i nie służy w niczym Bogu, a także całej ludzkości. Jak już wspomniałem, ludzkość doskonale radzi sobie bez Biblii. Bóg – jeśli tylko istnieje – doskonale poradzi sobie bez Biblii;  za to religia, bez swojej świętej księgi, traci władzę nad światem i podstawę do bezkresnego bogacenia się.

 

Zupełnie inaczej czyta się Biblię, mając świadomość, że to ludzie (kapłani, prorocy), a nie Bóg, mieli interes w stworzeniu Pisma, które to sami uznali za święte. Amen ;)

 

Do zobaczenia w kolejnym poście,

Keith.