niedziela, 27 września 2020

Dobry Bóg, czyli… czy Bóg nauczył nas zabijania - część II


Kościół próbuje „kupić” swoich wiernych zapewnieniami o Bożej miłości do człowieka. Obraz dobrego Boga, wbrew biblijnym opisom, jest kodowany w naszych umysłach od najwcześniejszego dzieciństwa. Metody zaszczepiania ludziom określonej ideologii religijnej, to temat na odrębny post i zamierzam go podjąć już wkrótce. Na razie…

Jadąc samochodem przez miasto widzę billboardy z napisami: „Bóg Cię Kocha”, „Bóg Jest Miłością” i tym podobne. W Ameryce, billboardy takie, to już prawdziwa plejada radosnej kreatywności gorliwych religantów, ale o tym także przy innej okazji. W dzisiejszym wpisie zastanawiam się nad zasadnością tezy o Dobrym Bogu…

 

W pewnym niezbyt inteligentnym filmie padły bardzo inteligentne słowa, a brzmiały one następująco: „Ogromna władza, pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność”. Nie łatwo temu zaprzeczyć? Władza rzeczywiście łączy się z odpowiedzialnością. Trudno odpowiadać za to, na co nie ma się wpływu, czy, jak kto woli, nad czym nie ma się władzy. I oczywliście im więcej władzy posiadamy, tym większa odpowiedzialność na nas ciąży. Pracownik odpowiada za swoją pracę, stanowisko pracy oraz, ewentualnie, osoby z którymi bezpośrednio współpracuje. Kierownik odpowiada za swoją brygadę, a szef firmy za całą firmę. Producent leków odpowiada za osoby, które te leki będą stosowały. Rodzic odpowiada za swoje dzieci, za dzieci w szkole odpowiada dyrektor szkoły, za ogół dobra dzieci w kraju odpowiada, np. rzecznik praw dziecka, itd. Odpowiadam za to, nad czym mam władzę i analogicznie nie odpowiadam za to, nad czym władzy nie mam. Logiczne, proste, nieskomplikowane. Czy warto w ogóle o tym pisać? Warto, ponieważ, jak widać, dla religii i jej wyznawców nie jest to wcale takie oczywiste, a jest ich, jak by nie patrzeć, całkiem sporo.

Zgodnie z zasadą władzy i odpowiedzialności, Jezus wcale nie umarł za mnie (za moje grzechy) na krzyżu. To twierdzenie implikuje moją winę, jednak żadnej winy za ukrzyżowanie Jezusa nie ponoszę. W żaden sposób nie odpowiadamy za to, co działo się z ludźmi 2000 lat temu. Nie to jest jednak największym problemem religii katolickiej. Największym problemem religii katolickiej jest… Bóg. Kościół, promując hasło miłosierdzia, najchętniej zasłania się postacią Jezusa, jednak nie damy się zwieść i nie pójdziemy ta drogą (ups… i znów nie będzie o Jezusie – znów odsyłam go do ławki, wywołując do tablicy jego, domniemanego ojca). W pierwszej części postu zatytułowanego „Dobry Bóg”, ustaliłem, że Bóg opisany w Biblii, jest bez wątpienia, najogólniej mówiąc: Zły. Biblijnym Bogiem jest, przesiąknięty nienawiścią, zły Bóg Jahwe. W tej części przyjmujemy „ogólną teorię względności istnienia dobrego Boga” – czyli przyjmujemy hipotezę, że Kościół mówi nam: „Bóg cię kocha, jest dobry i miłosierny, tylko nie czytaj Biblii, bo będzie zgrzyt”. Zadaję dziś pytanie, czy ogólny wizerunek Boga – w oderwaniu od Biblii – Boga, jak twierdzi Kościół – Wszechmocnego i Dobrego, Boga kochającego człowieka, może okazać się realny, a przynajmniej podstawny? Cóż… jeśli Bóg nie jest dobry i „mnie nie kocha”, to dlaczego ja miałbym kochać jego, czy też marzyć o ujrzeniu jego oblicza po śmierci?  

W poprzedniej części, stwierdziłem także, iż sam akt stworzenia ludzi przez Boga (przyjmując taką hipotezę), nie jest równoznaczny z twierdzeniem, iż Bóg jest dobry – jest on co najmniej niewystarczający.

 

SpiderBóg, czyli przypowieść o cudach szatańskich

Któż z nas nie słyszał rozlicznych, słynnych „świadectw” Bożego miłosierdzia, głoszonych przez gorliwych wiernych. Romantycznych opowieści o tym, jak to dobry i miłosierny Bóg ocalił im życie, czy cudownie uzdrowił ze śmiertelnej choroby, rozpalają wyobraźnię… ale mijają się z prawdą, a przede wszystkim, z sensem.

„Jak można nie wierzyć w moc Boga i moc Jego miłosierdzia? Ja sam doznałem świadectwa Jego dobroci, kiedy to cudownie ocalił mnie od śmierci w wypadku samochodowym. Na własnym ciele poczułem dotyk Boży.” – oznajmia z przekonaniem w głosie, pewien trzydziestolatek. Żegna się znakiem krzyża, po czym wznosi w górę swe dłonie i ze łzami w oczach dziękuje Bogu za życie. „To był ciężki wypadek, a ja wyszedłem z niego bez szwanku. O dzięki Ci, dobry Boże”, – dodaje. Pełna zgoda – to był ciężki wypadek, w samochodzie, z którym doszło do zderzenia, zginęła sześcioletnia dziewczynka oraz jej ojciec. No i mamy problem. Jeżeli Bóg rzeczywiście, skokiem Spidermana, sfrunął z niebios, aby ingerować w wypadku samochodowym, to dlaczego uratował z niego trzydziestolatka, a nie sześcioletnia dziewczynkę? Rozumując w ten sposób, Bóg, ratując z wypadków jednych, odpowiada za śmierć wszystkich pozostałych. Ileż egoizmu trzeba mieć w sobie, żeby twierdzić, że sam Bóg ingerował w ocalenie mojej osoby, poświęcając przy tym życie innych?

„Żaden lekarz do dziś nie potrafi tego wyjaśnić, jakim cudem zniknął ten guz. To cud! Dowód wielkiej, Bożej miłości. To Bóg uleczył mnie z raka. Bóg mnie cudownie uzdrowił! To cud! Chwalmy Pana!” – Woła głośno pani Janina. I znów zgrzyt zdrowego rozsądku wbijającego się klinem w gęste warstwy bezkrytycyzmu. Jak mamy „chwalić Pana” za… raka? Jak to za raka? Otóż, skoro Bóg cudownie uzdrowił człowieka z raka, czy z jakiejkolwiek choroby, to w rzeczywistości przywrócił jego status quo, jakim jest zdrowie. Pytanie jest zgoła odmienne: A któż mu to zdrowie popsuł? Skoro Bóg, mówiąc kolokwialnie, zabrał raka, to kto człowiekowi tego raka dał? Pani Janina chwali Pana za to, że Bóg zabrał chorobę, którą jej wcześniej zafundował. Ale, nie – błędnie rozumuję – jak ktoś dostaje raka, to po prostu dostaje, za to jak uda mu się wyzdrowieć, to boska interwencja, miłosierdzie i cud. Zatem „chwalmy Pana”! A co z tymi, którzy na tego raka umierają, a umierają w cierpieniu wszędzie, na całym świecie, w setkach tysięcy dziennie. Na raka oraz z powodu kanonady innych problemów i chorób. Dlaczego niby Bóg miałby pomagać jedynie nielicznym wybrańcom, w tym ateistom i innowiercom, którzy po owych cudach wcale nie zamierzają się „nawracać”? Boża pomyłka, czy granie na nosie milionom gorliwych wyznawców, którzy „przypadkiem” zostali pominięci w owej Bożej łasce? Tak przy okazji – jakimś dziwnym trafem, nie ma w historii ludzkości precedensu, aby w ramach cudu odrosła komuś amputowana kończyna.

Podsumowując: Zdrowie to norma, a nie błogosławieństwo. Trudno nazywać przywracanie status quo, jakimś szczególnym błogosławieństwem, czy miłosierdziem. Tak, jak trudno byłoby wychwalać pod niebiosy terrorysty, który zastraszając i znęcając się nad swoimi ofiarami, w końcu je wypuszcza. Jeśli jednak zakwestionujemy twierdzenie, iż nasze zdrowie i dobre samopoczucie nie jest normą, to wynikałoby z tego, iż Bóg stworzył ludzi po to, aby cierpieli. W rzeczywistości, zdecydowanie więcej ludzi na świecie cierpi z rozmaitych powodów, niż żyje w zdrowiu i szczęściu. Miliardy ludzi na całym świecie cierpi z powodu głodu, pragnienia, wycieńczenia, przygnębienia, depresji, wojen i konfliktów oraz rozmaitych tragedii, które oczywiście wydarzają się (oczami Kościoła) niezależnie od woli i mocy boskiej – uchowaj Boże.

 

Przypowieść o doświadczaniu Pana Boga

Mój przyjaciel, Który od młodości był ateistą, podczas ratowania życia drugiego człowieka, doznał poważnego uszkodzenia kręgosłupa i został sparaliżowany. Uratował tego człowieka, ale dziś z ledwością porusza się na wózku inwalidzkim. Zaryzykował własne życie, aby uratować człowieka, nie dlatego, że wierzył w Boga, tylko dlatego, że był dobrym człowiekiem. Świadkami tego zdarzenia były inne osoby, czy były wierzące? Tego nie wiem, jednak nikt inny nie zdecydował się zaryzykować. Dobro jest niezależne od wiary i nie ma sensu z tym faktem dyskutować, jednak niezmiernie ciekawe jest rozwinięcie tej historii. Mój bohaterski przyjaciel pochodzi bowiem z mocno wierzącej rodziny. W odpowiedzi na swoje poświecenie, otrzymał, między innymi „propozycję”, żeby się nawrócił, ponieważ „Bóg doświadczył go w swojej miłości, bo na pewno, Bóg przygotował dla niego jakiś większy plan”. No tak… niezbadane są przecież wyroki Pana naszego. To chyba byłyby ostatnie słowa, jakie chciałbym usłyszeć w podobnej sytuacji. Bohaterski ateista, na szczęście wytrwał w… rozsądku i nie dał zrobić z siebie katolickiego męczennika, ku wielkiemu rozczarowaniu całej rodziny.

Jeśli przytrafi nam się coś dobrego, to Boże błogosławieństwo – ergo miłość Boga do człowieka, a jeżeli spotka nas tragedia, to znaczy, że Bóg nas doświadcza – ergo Boże błogosławieństwo – ergo znów Boża miłość. Wniosek – cokolwiek by się z tobą nie działo – Bóg Cię kocha. Oto logika retoryki Kościoła. W antyBiblii jest rozdział zatytułowany: „Księga Kalego – bez miłosierdzia”. Dość nieskromnie napiszę – polecam.

 

Proszę wstać. Sąd idzie.

W mojej komedii biblijnej, która powstała jeszcze przed antyBiblią, ale ukaże się tuż po jej wydaniu (tytuł roboczy: „antyBiblia na wesoło”), Stwórca powołuje do życia wszelkie gatunki zwierząt, a każde z nich jest… roślinożerne. Dlaczego? Ponieważ „mój” Stwórca nie chce brać na siebie odpowiedzialności za wzajemne zabijanie się zwierząt i ludzi... Zaraz, zaraz… Ludzi? A co wspólnego z mięsożernością zwierząt mają zabójstwa wśród ludzi? W tym punkcie dochodzimy do kwintesencji mojego dzisiejszego wpisu. Pomyślmy. Naprawdę pomyślmy. I jak? Czy już wszystko jasne? No właśnie. Czy wzajemne zabijanie się, jest czymś normalnym, czy raczej czymś osobliwym, skandalicznym i odrażającym? Dziś, mam nadzieję, że jest dla nas czymś skandalicznym, jednak Bóg sprawił, że było i jest czymś normalnym. Cofnijmy się do czasów prehistorycznych, do czasów starożytnych, do czasów formowania się naszej obecnej cywilizacji. Czyż to nie oczywiste, że to Bóg nauczył nas zabijania? Przecież to on sam (jak twierdzi religia) stworzył świat i urządził go w taki sposób, jaki tylko chciał. A urządzając go, sprawił, że zabijanie stało się czymś normalnym i naturalnym. Biblia głosi: „Bóg stworzył zwierzęta i zobaczył, że są dobre…” – Pytam: A czy zobaczywszy, że się mordują i zjadają wzajemnie, niczym potwory z Zombie Land, to również uznał, „że to jest dobre”? Lew nie ma wolnej woli i nie może wybrać, czy zje dziś na obiad trawę, czy może gazelę. Bóg kazał mu zabijać i zjadać inne zwierzęta żywcem. Oto nauka, jaką otrzymał od Boga człowiek. Parafrazując biblijny tekst z Księgi Rodzaju: „Człowiek zobaczył, jak zwierzęta mordują się wzajemnie i widział, że to jest normalne… zatem i on począł zabijać”. Zastanówmy się: Nie muszę zabijać zwierzęcia w obronie własnej, ponieważ żadne zwierzę mnie nie atakuje. Dlaczego? Ponieważ nie jest mięsożerne. Nie muszę zabijać zwierzęcia, żeby go zjeść – skąd w ogóle pomysł żeby się wzajemnie zjadać? Nikt i nic tak nie robi. Nie ma dziś pojęcia weganin, czy wegetarianin – po prostu nikt nie żywi się mięsem, bo dobry Bóg nie wpadł na tak szatański pomysł… Jednak, jeżeli Bóg stworzył świat (jak twierdzi religia), to jest odpowiedzialny za zasady, które w nim panują, które przecież sam zaprojektował.

Drogi, dobry Panie Boże: Po piąte: Nie zabijaj? A może po pierwsze, to Ty nie zmuszaj istot żywych do zabijania i nie czyń z tego normy?

I jakiż to wniosek wypływa z wylanych tu, gorzkich mych żalów oraz pochylania się nad ułomnością i mściwością Miłosiernego? Otóż, dla Boga byłoby lepiej, żeby… nie istniał. Bo jeżeli istnieje i rzeczywiście stworzył świat, to jest za swój twór odpowiedzialny, i to odpowiedzialny totalnie. Nie pomoże przerzucanie winy na naszą „wolną wolę” (o czym w moim następnym wpisie), nie pomoże przybijanie ludzi do krzyża, nie pomoże ani „święty Boże”. Tym sposobem, roszczący sobie prawo pełnej władzy nad światem Bóg, jest odpowiedzialny za wszelkie zło tego świata – przeszłe, przyszłe i teraźniejsze, a określenie „dobry Bóg”, to drwina z ludzkiego intelektu. Na Sądzie Ostatecznym, wyrok dla Pana Boga może być, w tej sytuacji, tylko jeden: Wieczne męki w ogniu piekielnym, amen. …i nawet Chyłka nie wybroni ;)

Do zobaczenia w następnym wpisie,

Keith.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz