Kościół próbuje „kupić” swoich wiernych zapewnieniami o Bożej miłości do człowieka. Obraz dobrego Boga, wbrew biblijnym opisom, jest kodowany w naszych umysłach od najwcześniejszego dzieciństwa. Metody zaszczepiania ludziom określonej ideologii religijnej, to temat na odrębny post i zamierzam go podjąć już wkrótce. Na razie…
Jadąc samochodem przez
miasto widzę billboardy z napisami: „Bóg Cię Kocha”, „Bóg Jest Miłością” i tym
podobne. W Ameryce, billboardy takie, to już prawdziwa plejada radosnej
kreatywności gorliwych religantów, ale o tym także przy innej okazji. W dzisiejszym
wpisie zastanawiam się nad zasadnością tezy o Dobrym Bogu…
W pewnym niezbyt
inteligentnym filmie padły bardzo inteligentne słowa, a brzmiały one
następująco: „Ogromna władza, pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność”. Nie
łatwo temu zaprzeczyć? Władza rzeczywiście łączy się z odpowiedzialnością.
Trudno odpowiadać za to, na co nie ma się wpływu, czy, jak kto woli, nad czym
nie ma się władzy. I oczywliście im więcej władzy posiadamy, tym większa
odpowiedzialność na nas ciąży. Pracownik odpowiada za swoją pracę, stanowisko
pracy oraz, ewentualnie, osoby z którymi bezpośrednio współpracuje. Kierownik
odpowiada za swoją brygadę, a szef firmy za całą firmę. Producent leków
odpowiada za osoby, które te leki będą stosowały. Rodzic odpowiada za swoje
dzieci, za dzieci w szkole odpowiada dyrektor szkoły, za ogół dobra dzieci w
kraju odpowiada, np. rzecznik praw dziecka, itd. Odpowiadam za to, nad czym mam
władzę i analogicznie nie odpowiadam za to, nad czym władzy nie mam. Logiczne, proste,
nieskomplikowane. Czy warto w ogóle o tym pisać? Warto, ponieważ, jak widać,
dla religii i jej wyznawców nie jest to wcale takie oczywiste, a jest ich, jak
by nie patrzeć, całkiem sporo.
Zgodnie z zasadą władzy i
odpowiedzialności, Jezus wcale nie umarł za mnie (za moje grzechy) na krzyżu.
To twierdzenie implikuje moją winę, jednak żadnej winy za ukrzyżowanie Jezusa
nie ponoszę. W żaden sposób nie odpowiadamy za to, co działo się z ludźmi 2000
lat temu. Nie to jest jednak największym problemem religii katolickiej. Największym
problemem religii katolickiej jest… Bóg. Kościół, promując hasło miłosierdzia,
najchętniej zasłania się postacią Jezusa, jednak nie damy się zwieść i nie
pójdziemy ta drogą (ups… i znów nie będzie o Jezusie – znów odsyłam go do
ławki, wywołując do tablicy jego, domniemanego ojca). W pierwszej części postu
zatytułowanego „Dobry Bóg”, ustaliłem, że Bóg opisany w Biblii, jest bez
wątpienia, najogólniej mówiąc: Zły. Biblijnym Bogiem jest, przesiąknięty
nienawiścią, zły Bóg Jahwe. W tej części przyjmujemy „ogólną teorię względności
istnienia dobrego Boga” – czyli przyjmujemy hipotezę, że Kościół mówi nam: „Bóg
cię kocha, jest dobry i miłosierny, tylko nie czytaj Biblii, bo będzie zgrzyt”.
Zadaję dziś pytanie, czy ogólny wizerunek Boga – w oderwaniu od Biblii – Boga,
jak twierdzi Kościół – Wszechmocnego i Dobrego, Boga kochającego człowieka,
może okazać się realny, a przynajmniej podstawny? Cóż… jeśli Bóg nie jest dobry
i „mnie nie kocha”, to dlaczego ja miałbym kochać jego, czy też marzyć o
ujrzeniu jego oblicza po śmierci?
W poprzedniej części,
stwierdziłem także, iż sam akt stworzenia ludzi przez Boga (przyjmując taką
hipotezę), nie jest równoznaczny z twierdzeniem, iż Bóg jest dobry – jest on co
najmniej niewystarczający.
SpiderBóg, czyli przypowieść o cudach szatańskich
Któż z nas nie słyszał
rozlicznych, słynnych „świadectw” Bożego miłosierdzia, głoszonych przez
gorliwych wiernych. Romantycznych opowieści o tym, jak to dobry i miłosierny
Bóg ocalił im życie, czy cudownie uzdrowił ze śmiertelnej choroby, rozpalają
wyobraźnię… ale mijają się z prawdą, a przede wszystkim, z sensem.
„Jak można nie wierzyć w
moc Boga i moc Jego miłosierdzia? Ja sam doznałem świadectwa Jego dobroci,
kiedy to cudownie ocalił mnie od śmierci w wypadku samochodowym. Na własnym
ciele poczułem dotyk Boży.” – oznajmia z przekonaniem w głosie, pewien trzydziestolatek.
Żegna się znakiem krzyża, po czym wznosi w górę swe dłonie i ze łzami w oczach
dziękuje Bogu za życie. „To był ciężki wypadek, a ja wyszedłem z niego bez
szwanku. O dzięki Ci, dobry Boże”, – dodaje. Pełna zgoda – to był ciężki
wypadek, w samochodzie, z którym doszło do zderzenia, zginęła sześcioletnia
dziewczynka oraz jej ojciec. No i mamy problem. Jeżeli Bóg rzeczywiście,
skokiem Spidermana, sfrunął z niebios, aby ingerować w wypadku samochodowym, to
dlaczego uratował z niego trzydziestolatka, a nie sześcioletnia dziewczynkę? Rozumując
w ten sposób, Bóg, ratując z wypadków jednych, odpowiada za śmierć wszystkich
pozostałych. Ileż egoizmu trzeba mieć w sobie, żeby twierdzić, że sam Bóg
ingerował w ocalenie mojej osoby, poświęcając przy tym życie innych?
„Żaden lekarz do dziś nie
potrafi tego wyjaśnić, jakim cudem zniknął ten guz. To cud! Dowód wielkiej,
Bożej miłości. To Bóg uleczył mnie z raka. Bóg mnie cudownie uzdrowił! To cud!
Chwalmy Pana!” – Woła głośno pani Janina. I znów zgrzyt zdrowego rozsądku
wbijającego się klinem w gęste warstwy bezkrytycyzmu. Jak mamy „chwalić Pana”
za… raka? Jak to za raka? Otóż, skoro Bóg cudownie uzdrowił człowieka z raka,
czy z jakiejkolwiek choroby, to w rzeczywistości przywrócił jego status quo,
jakim jest zdrowie. Pytanie jest zgoła odmienne: A któż mu to zdrowie popsuł?
Skoro Bóg, mówiąc kolokwialnie, zabrał raka, to kto człowiekowi tego raka dał?
Pani Janina chwali Pana za to, że Bóg zabrał chorobę, którą jej wcześniej
zafundował. Ale, nie – błędnie rozumuję – jak ktoś dostaje raka, to po prostu
dostaje, za to jak uda mu się wyzdrowieć, to boska interwencja, miłosierdzie i
cud. Zatem „chwalmy Pana”! A co z tymi, którzy na tego raka umierają, a
umierają w cierpieniu wszędzie, na całym świecie, w setkach tysięcy dziennie. Na
raka oraz z powodu kanonady innych problemów i chorób. Dlaczego niby Bóg miałby
pomagać jedynie nielicznym wybrańcom, w tym ateistom i innowiercom, którzy po
owych cudach wcale nie zamierzają się „nawracać”? Boża pomyłka, czy granie na
nosie milionom gorliwych wyznawców, którzy „przypadkiem” zostali pominięci w
owej Bożej łasce? Tak przy okazji – jakimś dziwnym trafem, nie ma w historii ludzkości
precedensu, aby w ramach cudu odrosła komuś amputowana kończyna.
Podsumowując: Zdrowie to
norma, a nie błogosławieństwo. Trudno nazywać przywracanie status quo, jakimś
szczególnym błogosławieństwem, czy miłosierdziem. Tak, jak trudno byłoby wychwalać
pod niebiosy terrorysty, który zastraszając i znęcając się nad swoimi ofiarami,
w końcu je wypuszcza. Jeśli jednak zakwestionujemy twierdzenie, iż nasze zdrowie
i dobre samopoczucie nie jest normą, to wynikałoby z tego, iż Bóg stworzył
ludzi po to, aby cierpieli. W rzeczywistości, zdecydowanie więcej ludzi na
świecie cierpi z rozmaitych powodów, niż żyje w zdrowiu i szczęściu. Miliardy
ludzi na całym świecie cierpi z powodu głodu, pragnienia, wycieńczenia,
przygnębienia, depresji, wojen i konfliktów oraz rozmaitych tragedii, które
oczywiście wydarzają się (oczami Kościoła) niezależnie od woli i mocy boskiej –
uchowaj Boże.
Przypowieść o doświadczaniu Pana Boga
Mój przyjaciel, Który od
młodości był ateistą, podczas ratowania życia drugiego człowieka, doznał
poważnego uszkodzenia kręgosłupa i został sparaliżowany. Uratował tego
człowieka, ale dziś z ledwością porusza się na wózku inwalidzkim. Zaryzykował
własne życie, aby uratować człowieka, nie dlatego, że wierzył w Boga, tylko
dlatego, że był dobrym człowiekiem. Świadkami tego zdarzenia były inne osoby,
czy były wierzące? Tego nie wiem, jednak nikt inny nie zdecydował się
zaryzykować. Dobro jest niezależne od wiary i nie ma sensu z tym faktem
dyskutować, jednak niezmiernie ciekawe jest rozwinięcie tej historii. Mój
bohaterski przyjaciel pochodzi bowiem z mocno wierzącej rodziny. W odpowiedzi
na swoje poświecenie, otrzymał, między innymi „propozycję”, żeby się nawrócił,
ponieważ „Bóg doświadczył go w swojej miłości, bo na pewno, Bóg przygotował dla
niego jakiś większy plan”. No tak… niezbadane są przecież wyroki Pana naszego. To
chyba byłyby ostatnie słowa, jakie chciałbym usłyszeć w podobnej sytuacji.
Bohaterski ateista, na szczęście wytrwał w… rozsądku i nie dał zrobić z siebie
katolickiego męczennika, ku wielkiemu rozczarowaniu całej rodziny.
Jeśli przytrafi nam się
coś dobrego, to Boże błogosławieństwo – ergo miłość Boga do człowieka, a jeżeli
spotka nas tragedia, to znaczy, że Bóg nas doświadcza – ergo Boże
błogosławieństwo – ergo znów Boża miłość. Wniosek – cokolwiek by się z tobą nie
działo – Bóg Cię kocha. Oto logika retoryki Kościoła. W antyBiblii jest rozdział
zatytułowany: „Księga Kalego – bez miłosierdzia”. Dość nieskromnie napiszę –
polecam.
Proszę wstać. Sąd idzie.
W mojej komedii biblijnej,
która powstała jeszcze przed antyBiblią, ale ukaże się tuż po jej wydaniu (tytuł
roboczy: „antyBiblia na wesoło”), Stwórca powołuje do życia wszelkie gatunki
zwierząt, a każde z nich jest… roślinożerne. Dlaczego? Ponieważ „mój” Stwórca
nie chce brać na siebie odpowiedzialności za wzajemne zabijanie się zwierząt i
ludzi... Zaraz, zaraz… Ludzi? A co wspólnego z mięsożernością zwierząt mają
zabójstwa wśród ludzi? W tym punkcie dochodzimy do kwintesencji mojego
dzisiejszego wpisu. Pomyślmy. Naprawdę pomyślmy. I jak? Czy już wszystko jasne?
No właśnie. Czy wzajemne zabijanie się, jest czymś normalnym, czy raczej czymś
osobliwym, skandalicznym i odrażającym? Dziś, mam nadzieję, że jest dla nas
czymś skandalicznym, jednak Bóg sprawił, że było i jest czymś normalnym.
Cofnijmy się do czasów prehistorycznych, do czasów starożytnych, do czasów
formowania się naszej obecnej cywilizacji. Czyż to nie oczywiste, że to Bóg
nauczył nas zabijania? Przecież to on sam (jak twierdzi religia) stworzył świat
i urządził go w taki sposób, jaki tylko chciał. A urządzając go, sprawił, że
zabijanie stało się czymś normalnym i naturalnym. Biblia głosi: „Bóg stworzył
zwierzęta i zobaczył, że są dobre…” – Pytam: A czy zobaczywszy, że się mordują
i zjadają wzajemnie, niczym potwory z Zombie Land, to również uznał, „że to
jest dobre”? Lew nie ma wolnej woli i nie może wybrać, czy zje dziś na obiad
trawę, czy może gazelę. Bóg kazał mu zabijać i zjadać inne zwierzęta żywcem. Oto
nauka, jaką otrzymał od Boga człowiek. Parafrazując biblijny tekst z Księgi
Rodzaju: „Człowiek zobaczył, jak zwierzęta mordują się wzajemnie i widział, że
to jest normalne… zatem i on począł zabijać”. Zastanówmy się: Nie muszę zabijać
zwierzęcia w obronie własnej, ponieważ żadne zwierzę mnie nie atakuje.
Dlaczego? Ponieważ nie jest mięsożerne. Nie muszę zabijać zwierzęcia, żeby go
zjeść – skąd w ogóle pomysł żeby się wzajemnie zjadać? Nikt i nic tak nie robi.
Nie ma dziś pojęcia weganin, czy wegetarianin – po prostu nikt nie żywi się
mięsem, bo dobry Bóg nie wpadł na tak szatański pomysł… Jednak, jeżeli Bóg
stworzył świat (jak twierdzi religia), to jest odpowiedzialny za zasady, które
w nim panują, które przecież sam zaprojektował.
Drogi, dobry Panie Boże:
Po piąte: Nie zabijaj? A może po pierwsze, to Ty nie zmuszaj istot żywych do
zabijania i nie czyń z tego normy?
I jakiż to wniosek wypływa
z wylanych tu, gorzkich mych żalów oraz pochylania się nad ułomnością i
mściwością Miłosiernego? Otóż, dla Boga byłoby lepiej, żeby… nie istniał. Bo jeżeli
istnieje i rzeczywiście stworzył świat, to jest za swój twór odpowiedzialny, i
to odpowiedzialny totalnie. Nie pomoże przerzucanie winy na naszą „wolną wolę”
(o czym w moim następnym wpisie), nie pomoże przybijanie ludzi do krzyża, nie
pomoże ani „święty Boże”. Tym sposobem, roszczący sobie prawo pełnej władzy nad
światem Bóg, jest odpowiedzialny za wszelkie zło tego świata – przeszłe,
przyszłe i teraźniejsze, a określenie „dobry Bóg”, to drwina z ludzkiego
intelektu. Na Sądzie Ostatecznym, wyrok dla Pana Boga może być, w tej sytuacji,
tylko jeden: Wieczne męki w ogniu piekielnym, amen. …i nawet Chyłka nie wybroni
;)
Do zobaczenia w następnym wpisie,
Keith.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz